Jak wyszczuplić łydki?

Myślę, iż wiele z Was przyzna, że łydki to jedna z najbardziej newralgicznych i kompleksogennych części ciała (zwłaszcza u kobiet). Grube, masywne, toporne, serdelowate… Potrafimy tutaj być wyjątkowo kreatywni. I tutaj pojawia się pytanie kluczowe – czy da się coś z tym zrobić?

Odpowiedź brzmi: jak najbardziej TAK.

Wielokrotnie czytałam, iż wyszczuplenie łydek jest właściwie niemożliwe, ponieważ ich kształt i objętość mięśniowa są uwarunkowane genetycznie. Jest w tym, oczywiście, wiele prawdy, gdyż osoba z bardzo masywnymi łydkami nie uzyska nagle 30 cm w obwodzie. Mimo to, uważam, że stwierdzenie iż “nie da się z tym nic zrobić” jest zupełnie niezgodne z prawdą, dlatego też chcę się z Wami podzielić sprawdzonymi przeze mnie sposobami na wyszczuplenie tej części ciała.

Zmniejszenie ilości tłuszczu w całym ciele

Punkt oczywisty, jednak wart wymienienia. Nawet jeśli Twoje łydki to w dużej mierze mięśnie, tłuszcz nadal się na nich osadza. Dlatego, gubiąc tłuszcz z całego ciała, zmniejszasz również łydki. Należy jednak pamiętać o tym, aby nie dążyć do tego celu za pomocą restrykycyjnych diet (niskokalorycznych, eliminacyjnych itd.). Tego typu “eksperymenty” w większości przypadków kończą się fiaskiem, czyli rozregulowanym metabolizmem i efektem jojo – a o to z pewnością nam nie chodzi. Z własnego (i nie tylko) doświadczenia wiem, że najlepsze efekty daje regularność i umiar, czyli zbilansowana dieta i systematyczna aktywność fizyczna (tekst oklepany ze wszystkich stron, jednak jakże prawdziwy).

Kluczem jest rozciąganie

Z mojego doświadczenia wynika, iż najbardziej skuteczne na wyszczuplenie łydek jest ich prawidłowe rozciąganie. Co mam przez to na myśli? Prawidłowe, czyli poprzedzone rozgrzewką, a następnie przeprowadzone w odpowiedniej pozycji. Do rozgrzania mięśni najlepsze są ćwiczenia aerobowe, takie jak bieganie, trucht , jazda na rolkach lub rowerze, marsz, nordic walking, czy nawet spacer z psem. Ogólnie czym lepiej rozgrzane mięśnie, tym lepsze rezultaty, dlatego największe i najszybsze rezultaty uzyskiwałam po około 30-minutowym truchcie lub biegu. Jednak od jakiegoś wykonywanie tych czynności nie do końca służy moim stawom, dlatego zdążyłam się przekonać, że pozostałe aktywności również sprawdzają się bardzo dobrze – po prostu trzeba trochę dłużej czekać na rezultaty.

Jeżeli chodzi o rozciąganie, według mnie najlepej robić to w pozycji wypadu wprzód, podpierając się rękoma o ścianę. Ja zaczynam od lekkiego naciągnięcia, powoli i stopiowo zwiększając jego intensywność. W trakcie głęboko oddycham. Kluczową kwestią jest to, aby towarzyszyło nam uczucie “kontorolowanego dyskomfortu” – czujemy, że mięsień się rozciąga, jednak nie robimy nic na siłę, a w przypadku jakiegokolwiek niepokojącego odczucia lub bólu przerywamy ćwiczenie. Z przyjętej pozycji wychodzimy również powoli i stopniowo, pozwalając mięśniom wrócić do pierwotnej formy.

Na początku możliwy zakres rozciągnięcia może być bardzo niewielki – już na samym początku ćwiczenia możemy odczuwać intensywne ciągnięcie. Nie należy się tutaj spieszyć ani wykonywać nic na siłę, gdyż mięsień potrzebuje czasu i systematyczności, aby zwiększyć swoją elastyczność. Osobiście polecam lekkie rozciąganie łydek codziennie, nawet jeżeli nie wykonywaliśmy wcześniej intensywnych ćwiczeń. Jak już wspominałam, lekka rozgrzewka jest tutaj wystarczająca. Przy regularności efekty powinny być zauważalne najdalej po tygodniu.

Mam nadzieję, iż ten post okaże się dla Was pomocny. Czekam na Wasze opinie w komentarzach! 🙂