Parafia Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Płudach

Kościoły to niesamowite miejsca. Przyciągają ludzi szukających pocieszenia, poczucia przynależności lub po prostu mających swoje przyzwyczajenia. Również spektrum emocji odczuwanych pocieszenia lub z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku lub potrzeby przynależności. Przeżywają tam chwile duchowego uniesienia, rozpaczy, radościu lub przemożnej nudy. Można tam również spotkać przedstawicieli wszelkich klas społeczno-finansowych, w każdym wieku oraz niezależnie od płci.

Każdy z kościołów ma również swoją własną, odrębną historię. Każdy nosi znamiona dziejów, w jakich powstawał, jak i wydarzeń, które oglądał. Każdy z nich posiada również swoje sekrety.

Ponadto, wiele z tych budynków można nazwać dziełami sztuki, a także chlubą Polskiej architektury.

Właśnie z tych wszystkich powodów kościoły od jakiegoś czasu mnie przyciągają. Kiedy widzę jakiegoś urodziwego przedstawiciela tego rodzaju, od razu mam ochotę sfotografować go ze wszystkich stron, poznać jego historię. Coraz więcej przybywa ich na mojej liście miejsc, które chcę odwiedzić. Pierwszym z nich jest Parafia Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Płudach – świątynia, którą tyle razy widziałam zza okna samochodu, że w końcu nastał czas, aby ją odwiedzić.

Historia (wg strony parafii):

Kościół (na górce) został zbudowany w latach 1908-1913 w stylu neogotyku nadwiślańskiego z inicjatywy katolików świeckich. Inicjatorem budowy kościoła był rejent Krzysztof Kiersnowski, który ze swojego majątku wydzielił plac pod budowę kościoła. Plany kościoła wykonał architekt Wacław Wędrowski. Świątynię poświęcił ks. Leopold Łyszkowski 8 września 1913 roku. Parafia została erygowana 16 września 1949 roku przez Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Powstała ona przede wszystkim z podziału parafii św. Jakuba w Tarchominie.

15 września 1984 Ksiądz Prymas Józef Glemp konsekrował trzy dzwony, a 10 września 1987 roku dokonał konsekracji świątyni.

 

Światło padające na ścianę frontową było wręcz cudowne, niestety na niektórych zdjęciach prześwitliłam z kolei niebo.

Niestety była już taka godzina, iż nie udało mi się wejść do środka, jednak ze zdjęć i “wizyty” jestem i tak bardzo zadowolona.

A Wam jak się podoba kościół na górce? I co w ogóle myślicie o tego typu postach? Dawajcie znać w komentarzach 🙂

Wesołych, spokojnych Świąt…

Świeżo rozpalony ogień bucha w kominku, Babcia robi na drutach w swoim ulubionym fotelu, a u jej stóp czteroletni wnuczek bawi się z psem. Starannie zapakowane prezenty czekają w szafie na Świętego Mikołaja, w lodówce od wczoraj chłodzi się karp w galarecie, jeszcze tylko ciasto dochodzi w piekarniku. Za oknem pruszy poranny śnieg…

Wróć.
To nie tak.
Od szóstej rano trwa lepienie pierogów z naprzemiennym sprawdzaniem, czy szarlotka się już dopiekła. W przerwach dokańczane jest ozdabianie pierników – przecież nikt nie powiesi na choince zwykłych bombek ze sklepu, co by goście pomyśleli. Jak tylko otworzą się sklepy, trzeba też będzie pojechać po resztę prezentów, nie ma w końcu nic dla trzyletniego syna kuzynki z Torunia. Dla kuzynki (ani jej męża) też nie. Będzie trzeba jeszcze się przebrać i uczesać, może nawet starczy czasu na pomalowanie paznokci. O Boże, i te nieogolone nogi! Dobrze, że przynajmniej obrusy poschły i już, pięknie rozłożone na stole, aż proszą się o pochlapanie barszczem.  A, Janek, i kup Persen w aptece przy okazji! Zresztą, Ranigast i Espumisan też możesz wziąć.
Kiedy Święta stały się synonimem stresu, irytacji i dzikiej bieganiny? Może bardziej pasować będzie tu pytanie – czy w ogóle kiedyś były? Jak tak naprawdę wyglądały święta naszych rodziców, dziadków?
Z tego co wiem, ze spokojem i odpoczynkiem nie zawsze miały wiele wspólnego. Był to, oczywiście, czas odmienny od pozostałej części roku, jednak jego “świętość” często przejawiała się w tym, czego najdotkliwiej brakowało – w dobrobycie. Ja nie zaliczam się do tego grona, ale wielu Polaków pamięta czasy, kiedy sklepowe półki zastawione były samym octem, a szynkę widziało się raz w miesiącu. Boże Narodzenie było tym czasem, w którym nadrabiało się za całe miesiące niedosytu wszelkich dóbr materialnych i spożywczych. Po prostu MIAŁO BYĆ. Dlatego nasi rodzice i dziadkowie stali w kilkudziesięciometrowych kolejkach aby zdobyć jedzenie na stół wigilijny, a przygotowania zaczynały się często na tydzień przed świętami i pochłaniały mnóstwo energii. Przeważnie cała zaangażowana była cała rodzina – mój tata do dzisiaj pamięta, jak trzykrotnie kręcił mak będąc małym chłopcem. Należy dodać, że te czasy były i tak idyllą w porównaniu z dzieciństwem mojego dziadka. Wtedy na święta wkładało się jak najwięcej do jednego garnka, aby mieć poczucie różnorodności w potrawie – na co dzień taki luksus był wręcz nieosiągalny.
Pomimo ogromnych zmian polityczno-gospodarczych w otaczającym świecie, a co za tym idzie, znacznego poprawy standardu życia, przyzwyczajenia wielu ludzi pozostały takie same. Do dzisiaj Boże Narodzenie rzadko kiedy spędzane jest w atmosferze radości i spokoju – zamiast tego jesteśmy zabiegani, poirytowani i zestresowani. Niejednokrotnie również się kłócimy, zwłaszcza, jeśli coś pójdzie nie do końca zgodnie z planem. To wszystko skutki presji, że “musi być zrobione, musi być dobrze, musi być dużo”. Czy jest to tak naprawdę niezbędne? Oczywiście, że nie – w końcu dziesięć rodzajów ciast nas nie zbawi, a i tak znaczna ilość jedzenia będzie na koniec wyrzucana. Nie musimy myć okien ani prać firan na tę okazję, nie wspominając o kupowaniu największej możliwej choinki i ozdabianiu jej metrami lampek i łańcuchów.
My, jako pokolenie wychowane w czasach dobrobytu, możemy (spróbować) pokazać rodzinom, że przesyt nie jest wcale bożonarodzeniową koniecznością. Możemy pokazać, że taki przerost formy nad treścią prowadzi często do konfliktów, o marnowaniu energii nie mówiąc – nikt nie ma potem siły na wspólne spędzanie czasu! Z drugiej strony, od naszych przodków możemy nauczyć się kultywowania tradycji, a także możemy docenić to, jak dobrze tak naprawdę teraz mamy (tylko nie wpadać mi tam w poczucie winy 🙂 ). Zapytajcie rodziców, dziadków, jak to kiedyś było. Czekam na Wasze historie w komentarzach.