Wesołych, spokojnych Świąt…

Świeżo rozpalony ogień bucha w kominku, Babcia robi na drutach w swoim ulubionym fotelu, a u jej stóp czteroletni wnuczek bawi się z psem. Starannie zapakowane prezenty czekają w szafie na Świętego Mikołaja, w lodówce od wczoraj chłodzi się karp w galarecie, jeszcze tylko ciasto dochodzi w piekarniku. Za oknem pruszy poranny śnieg…

Wróć.
To nie tak.
Od szóstej rano trwa lepienie pierogów z naprzemiennym sprawdzaniem, czy szarlotka się już dopiekła. W przerwach dokańczane jest ozdabianie pierników – przecież nikt nie powiesi na choince zwykłych bombek ze sklepu, co by goście pomyśleli. Jak tylko otworzą się sklepy, trzeba też będzie pojechać po resztę prezentów, nie ma w końcu nic dla trzyletniego syna kuzynki z Torunia. Dla kuzynki (ani jej męża) też nie. Będzie trzeba jeszcze się przebrać i uczesać, może nawet starczy czasu na pomalowanie paznokci. O Boże, i te nieogolone nogi! Dobrze, że przynajmniej obrusy poschły i już, pięknie rozłożone na stole, aż proszą się o pochlapanie barszczem.  A, Janek, i kup Persen w aptece przy okazji! Zresztą, Ranigast i Espumisan też możesz wziąć.
Kiedy Święta stały się synonimem stresu, irytacji i dzikiej bieganiny? Może bardziej pasować będzie tu pytanie – czy w ogóle kiedyś były? Jak tak naprawdę wyglądały święta naszych rodziców, dziadków?
Z tego co wiem, ze spokojem i odpoczynkiem nie zawsze miały wiele wspólnego. Był to, oczywiście, czas odmienny od pozostałej części roku, jednak jego “świętość” często przejawiała się w tym, czego najdotkliwiej brakowało – w dobrobycie. Ja nie zaliczam się do tego grona, ale wielu Polaków pamięta czasy, kiedy sklepowe półki zastawione były samym octem, a szynkę widziało się raz w miesiącu. Boże Narodzenie było tym czasem, w którym nadrabiało się za całe miesiące niedosytu wszelkich dóbr materialnych i spożywczych. Po prostu MIAŁO BYĆ. Dlatego nasi rodzice i dziadkowie stali w kilkudziesięciometrowych kolejkach aby zdobyć jedzenie na stół wigilijny, a przygotowania zaczynały się często na tydzień przed świętami i pochłaniały mnóstwo energii. Przeważnie cała zaangażowana była cała rodzina – mój tata do dzisiaj pamięta, jak trzykrotnie kręcił mak będąc małym chłopcem. Należy dodać, że te czasy były i tak idyllą w porównaniu z dzieciństwem mojego dziadka. Wtedy na święta wkładało się jak najwięcej do jednego garnka, aby mieć poczucie różnorodności w potrawie – na co dzień taki luksus był wręcz nieosiągalny.
Pomimo ogromnych zmian polityczno-gospodarczych w otaczającym świecie, a co za tym idzie, znacznego poprawy standardu życia, przyzwyczajenia wielu ludzi pozostały takie same. Do dzisiaj Boże Narodzenie rzadko kiedy spędzane jest w atmosferze radości i spokoju – zamiast tego jesteśmy zabiegani, poirytowani i zestresowani. Niejednokrotnie również się kłócimy, zwłaszcza, jeśli coś pójdzie nie do końca zgodnie z planem. To wszystko skutki presji, że “musi być zrobione, musi być dobrze, musi być dużo”. Czy jest to tak naprawdę niezbędne? Oczywiście, że nie – w końcu dziesięć rodzajów ciast nas nie zbawi, a i tak znaczna ilość jedzenia będzie na koniec wyrzucana. Nie musimy myć okien ani prać firan na tę okazję, nie wspominając o kupowaniu największej możliwej choinki i ozdabianiu jej metrami lampek i łańcuchów.
My, jako pokolenie wychowane w czasach dobrobytu, możemy (spróbować) pokazać rodzinom, że przesyt nie jest wcale bożonarodzeniową koniecznością. Możemy pokazać, że taki przerost formy nad treścią prowadzi często do konfliktów, o marnowaniu energii nie mówiąc – nikt nie ma potem siły na wspólne spędzanie czasu! Z drugiej strony, od naszych przodków możemy nauczyć się kultywowania tradycji, a także możemy docenić to, jak dobrze tak naprawdę teraz mamy (tylko nie wpadać mi tam w poczucie winy 🙂 ). Zapytajcie rodziców, dziadków, jak to kiedyś było. Czekam na Wasze historie w komentarzach.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *