Łopianowy balsam do włosów Elfa Pharm

Jak wiadomo nie od dziś, przeceny w Rossmannie są świetnym pretekstem do wypróbowania rzeczy, na które już od dawna się zasadzaliśmy. Jednym z takich produktów była dla mnie maska łopianowa firmy Elfa Pharm – zdecywoanie znajduję się w grupie docelowej, na którą sformułowania takie jak “aktywator wzrostu” czy “odbudowujący” działają pozytywnie. Nie musiałam jednak długo czekać – raptem do najbliższego mycia – aby owa odżywka stała się w moich oczach specyfikiem co najmniej kontrowersyjnym.

Skład

Zacznijmy od rzeczy podstawowej, czyli składu. Jak można zauważyć, jest on przebogaty w ekstrakty roślinne, w tym z liścia pokrzywy, korzenia łopianu czy nasienia łubinu. Zaczynają się one już wysoko w składzie, co dodatkowo świadczy o ich wysokim stężeniu. Pod tym względem balsam jest lepszy w składzie od niejednej wcierki, co rzeczywiście może wskazywać na jego pozytywny efekt na wzrost włosów.

Z drugiej strony, takie bogactwo ziół niekoniecznie dobrze wpływa na długość włosów, gdyż może tutaj wykazywać działanie wysuszające – zwłaszcza biorąc pod uwagę zdecydowaną dominację ziół nad olejami.

Niestety, na końcu pojawia się aż osiem substancji konserwujących, jednak przy takiej ilości ekstraktów roślinnych jest to zupełnie spodziewane.

Największym minusem składu jest tutaj obecność Triceteareth-4 Phosphate, czyli emulgatora należącego do grupy PEG i PPG. Do ich produkcji wykorzystywany jest tlenek etylenu – szkodliwy, rakotwórczy gaz. Może w nich również pojawić się zanieczyszczenie również rakotwórczym dioksanem (eterem).

Aqua, Cetearyl Alcohol, Urtica Dioica Leaf Extract, Propylene Glycol, Behenamidopropyl Dimethylamine, Arctium Lappa Root Extract, Persea Gratissima Oil, Hydrolyzed Lupine Seed Extract, Hydrolyzed Soy Protein, Panthenol, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Hydrolyzed Keratin, Niacinamide, Medicago Sativa Leaf Extract, Polygonum Multiflorum Root Extract, Centella Asiatica Leaf Extract, Ligusticum Chuaxiong Root Extract, Serenoa Serrulata Fruit Extract, Glycerin, Trifolium Pratense Flower Extract, Ruscus Aculeatus Root Extract, Capsicum Annuum Fruit Extract, Equisetum Arvense Leaf Extract, Angelica Acutiloba Root Extract, Thymus Vulgaris Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Triceteareth-4 Phosphate, Lactic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Benzoic Acid, Potassium Sorbate, DMDM-Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Diazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, Linalool

Zapach i konsystencja

Intensywnie ziołowa woń odżywki uderza w nozdrza od razu po otworzeniu wieczka. Nie jest ona nieprzyjemna, ale do subtelnych również nie należy J Natomiast jeżeli chodzi o konsystencję, przypomina bardziej szampon niż maskę, jest stosunkowo rzadka i wodnista.

Wydajność

Tutaj niestety znowu lekkie rozczarowanie, gdyż po aplikacji na średniej długości włosy zużyłam… prawie połowę opakowania. Muszę jednak od razu dodać, iż jestem tą osobą, która nakładała maskę niczym szpachlą – tak, aby spod jej warstwy nie było właściwie widać włosów. Poza tym mam ich całkiem sporo, co dodatkowo zwiększa zużycie.

 

Używanie i działanie

Z powodu ilości ziół, odżywka nie naje efektu pełnego nawilżenia i „śliskości” na długości włosów. Jednak, jako że produkt (podobno) posiada również aktywator wzrostu, postanowiłam nałożyć go również na skórę głowy. Efekt? BANG! Strzał w dziesiątkę. W końcu odkryłam, o co w tej odżywce, tak naprawdę, chodzi. Kilka minut od jej nałożenia czuć delikatne mrowienie połączone z chłodzeniem (czyżby to oznaka działania aktywatora…?). Natomiast, po ok. 15-20 minutach trzymania, po spłukaniu samą tylko wodą – ważne, aby zrobić to dokładnie – włosy przy nasadzie są niesamowicie gładkie, ale jednocześnie odbite i puszyste. Brak obciążenia, przetłuszczenia itp.

Muszę przyznać, że jest to chyba jak na razie najlepszy kosmetyk, który stosowałam w ten sposób (wcześniej drożdżowa maska Babci Agafii, ale Balsam nakładam stosunkowo grubo na skórę głowy i włosy w jej okolicach, zostawiam na 15-20 minut. Ewentualnie wykonuję delikatny masaż – aby poprawić wchłanianie składników i stymulować porost 😀 Już po chwili czuję chłodzenie połączone z lekkim mrowieniem, co jest zapewne oznaką działania ziół. Po spłukaniu samą tylko wodą (byle dokładnie!), włosy są tak gładkie, puszyste i odbite u nasady. Brak obciążenia, przetłuszczenia, są po prostu idealne (oczywiście opisuję swoje wrażenia, u każdego mogą być inne). Na tę część głowy nie potrzebuję zbyt dużej ilości, więc przy takim użytkowaniu produktu jego wydajność znacznie się powiększa. Także, podsumowując, większość „wad” przedstawionych wcześniej, w tej chwili zmieniła się w zalety.

 

 

Masełko pietruszkowo-czosnkowe

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić przepisem na coś, co ostatnio robi furorę w mojej kuchni (i na kanapkach).  Jest nie tylko pyszne, ale także niesamowicie zdrowe – chyba nikogo nie trzeba przekonywać do zdrowotnych właściwości czosnku i pietruszki. Ja dodatkowo użyłam masła jogurtowego, ze względu na mniejszą ilość tłuszczu oraz delikatny smak.

Co najlepsze, osobiście pietruszki nie znosiłam właściwie całe życie. Dodawana do zupy pomidorowej w przedszkolu była dla mnie symbolem świętokradztwa i udręki w jednym. Jednak, jak się okazuje, w postaci maślanej przyswajam ją z ochotą wprost nadzwyczajną. Ba, od niedawna nie wyobrażam sobie jedzenia masła bez dodatku tejże zieleniny! Dlatego nie lękajcie się Zaciekli Wrogowie Natki, albowiem w tym wydaniu nie jest ona ani trochę straszna. Tak, widzę Wasze niedowierzające miny i szydercze uśmieszki. Po prostu spróbujcie (i nie zapomnijcie podzielić się wrażeniami).

Jak zrobić własne masełko? Nic prostszego!

Składniki:

  • 1/3 kostki masła jogurtowego
  • pół pęczka pietruszki
  • 1 ząbek czosnku
  • pół łyżeczki czosnku granulowanego
  • szczyptę czarnej soli

Przygotowanie:

Masło posiekałam i pozostawiłam w temperaturze pokojowej aby zmiękło. Następnie rozgniotłam ząbek czosnku, posiekałam pietrzuszkę, a następnie dodałam do masła z resztą składników i wymieszałam. Et voila!

A Wy robicie czasem masła z dodatkami? Może macie jakieś ulubione kompozycje smakowe? Czekam na inspiracje od Was 🙂

Pudding “bułkowy”

Komu nie zdarza się kupić za dużo pieczywa, które się potem marnuje? Chleb po trzech dniach jest niejadalny, o bułkach nawet nie mówiąc. Na szczęście istnieje bardzo prosty sposób na spożytkowanie czerstwego pieczywa, przy okazji tworząc pyszne danie. Jest to pudding chlebowy.

Przepis

Składniki

  • 1 czerstwa bułka
  • 2 jajka
  • 1 szklanka mleka
  • 1 plaster żółtego sera
  • przeprawy (u mnie oregano, papryka wędzona, sól himalajska i pieprz cytrynowy)
  • tłuszcz do nasmarowania formy
  • bułka tarta (opcjonalnie)

Przygotowanie

Piekarnik nastawić na 180-200 stopni Celsjusza.

Formę do pieczenia wysmarować tłuszczem i obsypać bułką tartą (ja pominęłam, bo nie miałam bułki).

Jajka ubić mikserem, dodać mleko i przyprawy i ubijać jeszcze przez chwilę. Bułeczkę porwać na kawałki, namoczyć w roztrzepanych jajkach z mlekiem tak, aby wchłonęła conajmniej połowę płynu. Dodać porwany ser, wymieszać.

Wstawić do piekarnika na 15-25 minut (pod koniec pieczenia danie powinno wyrosnąć jak suflet, wtedy możemy wyłączyć piekarnik i pozwolić mu “dojść”).

Mam nadzieję, że przepis Wam się spodobał i że będziecie mieli okazję sami go wypróbować. Niebawem na blogu pojawi się również bardziej “dietetyczna” wersja.

 

A Wy robiliście kiedyś coś podobnego? A może macie własne metody na zużycie kilkudniowego pieczywa? Czekam na Wasze komentarze 🙂

Jak wyszczuplić łydki?

Myślę, iż wiele z Was przyzna, że łydki to jedna z najbardziej newralgicznych i kompleksogennych części ciała (zwłaszcza u kobiet). Grube, masywne, toporne, serdelowate… Potrafimy tutaj być wyjątkowo kreatywni. I tutaj pojawia się pytanie kluczowe – czy da się coś z tym zrobić?

Odpowiedź brzmi: jak najbardziej TAK.

Wielokrotnie czytałam, iż wyszczuplenie łydek jest właściwie niemożliwe, ponieważ ich kształt i objętość mięśniowa są uwarunkowane genetycznie. Jest w tym, oczywiście, wiele prawdy, gdyż osoba z bardzo masywnymi łydkami nie uzyska nagle 30 cm w obwodzie. Mimo to, uważam, że stwierdzenie iż “nie da się z tym nic zrobić” jest zupełnie niezgodne z prawdą, dlatego też chcę się z Wami podzielić sprawdzonymi przeze mnie sposobami na wyszczuplenie tej części ciała.

Zmniejszenie ilości tłuszczu w całym ciele

Punkt oczywisty, jednak wart wymienienia. Nawet jeśli Twoje łydki to w dużej mierze mięśnie, tłuszcz nadal się na nich osadza. Dlatego, gubiąc tłuszcz z całego ciała, zmniejszasz również łydki. Należy jednak pamiętać o tym, aby nie dążyć do tego celu za pomocą restrykycyjnych diet (niskokalorycznych, eliminacyjnych itd.). Tego typu “eksperymenty” w większości przypadków kończą się fiaskiem, czyli rozregulowanym metabolizmem i efektem jojo – a o to z pewnością nam nie chodzi. Z własnego (i nie tylko) doświadczenia wiem, że najlepsze efekty daje regularność i umiar, czyli zbilansowana dieta i systematyczna aktywność fizyczna (tekst oklepany ze wszystkich stron, jednak jakże prawdziwy).

Kluczem jest rozciąganie

Z mojego doświadczenia wynika, iż najbardziej skuteczne na wyszczuplenie łydek jest ich prawidłowe rozciąganie. Co mam przez to na myśli? Prawidłowe, czyli poprzedzone rozgrzewką, a następnie przeprowadzone w odpowiedniej pozycji. Do rozgrzania mięśni najlepsze są ćwiczenia aerobowe, takie jak bieganie, trucht , jazda na rolkach lub rowerze, marsz, nordic walking, czy nawet spacer z psem. Ogólnie czym lepiej rozgrzane mięśnie, tym lepsze rezultaty, dlatego największe i najszybsze rezultaty uzyskiwałam po około 30-minutowym truchcie lub biegu. Jednak od jakiegoś wykonywanie tych czynności nie do końca służy moim stawom, dlatego zdążyłam się przekonać, że pozostałe aktywności również sprawdzają się bardzo dobrze – po prostu trzeba trochę dłużej czekać na rezultaty.

Jeżeli chodzi o rozciąganie, według mnie najlepej robić to w pozycji wypadu wprzód, podpierając się rękoma o ścianę. Ja zaczynam od lekkiego naciągnięcia, powoli i stopiowo zwiększając jego intensywność. W trakcie głęboko oddycham. Kluczową kwestią jest to, aby towarzyszyło nam uczucie “kontorolowanego dyskomfortu” – czujemy, że mięsień się rozciąga, jednak nie robimy nic na siłę, a w przypadku jakiegokolwiek niepokojącego odczucia lub bólu przerywamy ćwiczenie. Z przyjętej pozycji wychodzimy również powoli i stopniowo, pozwalając mięśniom wrócić do pierwotnej formy.

Na początku możliwy zakres rozciągnięcia może być bardzo niewielki – już na samym początku ćwiczenia możemy odczuwać intensywne ciągnięcie. Nie należy się tutaj spieszyć ani wykonywać nic na siłę, gdyż mięsień potrzebuje czasu i systematyczności, aby zwiększyć swoją elastyczność. Osobiście polecam lekkie rozciąganie łydek codziennie, nawet jeżeli nie wykonywaliśmy wcześniej intensywnych ćwiczeń. Jak już wspominałam, lekka rozgrzewka jest tutaj wystarczająca. Przy regularności efekty powinny być zauważalne najdalej po tygodniu.

Mam nadzieję, iż ten post okaże się dla Was pomocny. Czekam na Wasze opinie w komentarzach! 🙂

 

Maska BingoSpa 40 aktywnych składników – recenzja

Kiedy ostatnio ujrzałam dno mojej odżywki BingoSpa, uznałam, iż to najwyższy czas na podzielenie się moją opinią z szerszym gronem. Dlatego też, bez zbędnych wstępów, przechodzę do recenzji tego produktu.

Cena

W Auchan około 16 zł.

Konsystencja

Wbrew swojej nazwie, maska jest dosyć rzadka (mogłabym ją porównać do zsiadłego mleka albo rzowodnionej odżywki), przez co zdarza się jej nadmiernie ściekać podczas nakładania. Nie wpływa to jednak znacząco na stopień odzywienia włosa, gdyż efekty są lepsze niż po wielu gęstszych produktach. Plusem jest to, iż świetnie nadaje się jako podstawa do mgiełki nawilżającej.

Zapach

Mnie osobiście przypomina zapach wilgotnych chusteczek dla dzieci – co bardzo mi odpowiada. Tak naprawdę jest to chyba jedna z najprzyjemniej pachnących masek, jakie stosowałam.

Bardziej obiektywnie mogę stwierdzić, iż woń jest niedrażniąca (nie pachnie np. alkoholowo), bardziej kosmetyczna niż ziołowa. Na włosach pozostawia bardzo delikatny, ‘mydełkowy’ zapach.

Skład

Do dużych plusów zaliczam brak “złych” alkoholi (isopropyl alcohol, alcohol denat itd.) oraz prawdziwą moc naturalnych ekstraktów. Na końcu pojawia się także Disodium EDTA, czyli związek umożliwiający chelatowania włosów (oczyszczania ich z nadmiaru minerałów i metali ciężkich) – dla mnie to plus. Wadą jest niestety obeność pięciu konserwantów (w tym dwóch parabenów). Najprawdopodobniej wynika to jednak z faktu, iż naturalne wyciągi mają znacznie większą tendencję do psucia się niż te składniki typowo kosmetyczne, np. alkohole tłuszczowe. Poza tym, konserwanty znajdują się tutaj  samym końcu listy, co pozwala wierzyć w ich minimalne stężenie.

Wydajność

Całość zużyłam w mniej więcej 3 tygodnie, jednak NIE ŻAŁOWAŁAM sobie. Myślę, że przy “normalnym” użytkowaniu spokojnie starczy na miesiąc lub dwa, albo i nawet więcej.

Działanie

Na stronie marki można wyczytać, iż maska:

  • wzmacnia cebulki włosów,
  • zapobiega wypadaniu włosów, działa ochronnie, głęboko oczyszcza skórę głowy,
  • działa przeciwtrądzikowo i przeciwłupieżowo,
  • reguluje nawilżenie,
  • reguluje wydzielanie sebum,
  • likwiduje podrażnienia skóry,
  • neutralizuje wolne rodniki,
  • poprawia ukrwienie skóry głowy,
  • chroni naturalny odcień włosów

Nie mam podrażnień, łupieżu ani trądziku na głowie, moje włosy się nie przetłuszczają, a póki co mój naturalny odcień można zaobserwować jedynie na siedmiu centymetrach odrostu. Z tych powodów ciężko mi się odnieść do większości zapewnień producenta. Moje włosy są za to naturalnie bardzo suche, a różne działania chemiczne jedynie tę suchość wzmogły. Dlatego z powodzeniem mogę stwierdzić, iż ‘regulacja nawilżenia’ jest tutaj znacznym niedopowiedzeniem – odżywka jest jednym z najlepszych produktów nawilżających, jakie stosowałam w mojej „karierze kosmetycznej”. Włosy są po niej miękkie, gładkie i, oczywiście, nawilżone – a doprowadzenie ich do takiego stanu to naprawdę nie lada wyzwanie.

Jak używam maski? Na wszelkie możliwe sposoby: samodzielnie, z olejami, z ziołami indyjskimi (amla, maca), jako godzinny kompres lub 5-minutowa odżywka, do zmywania oleju tudzież do mycia włosów, czy nawet rozwodnioną w postaci mgiełki (mieszam 1:2 z wodą). Sprawdza się świetnie właściwie w każdej wersji. Dodam też, że wyjątkowo dobrze sprawdzało się u mnie „zamykanie” uzyskanego nawilżenia dodatkowym emolientem, np. naftą z witaminami A i E lub olejkiem indyjskim z dodatkiem amli. Można też oczywiście wykonać płukankę zakwaszającą w celu domknięcia łusek włosów.

Podsumowanie

Z działania maski jestem więcej niż zadowolona  i z czystym sercem mogę polecić ją każdemu, kto chce odżywić i nawiżlyć swoje włosy. Największym minusem jest tutaj ilość konserwantów, jednak przy takiej ilośći naturalnych składników jest to najprawdopodobniej nie do uniknięcia. Druga, choć znacznie mniejsza, wada, to konsystencja odżywki – według mnie mogłaby być gęstsza. Niemniej, żadnen z tych czynników nie przeszkodził mi w “wylizaniu” maski do samego dna, a następnie zakupienia nowej. W skali od 0 do 10 daję 8.5. Naprawdę polecam ten produkt.

A Wy używałyście/-liście tej maski? Jak się u Was sprawdziła? Co sądzicie o jej składzie? Jestem bardzo ciekawa Waszych opini! 🙂

Parafia Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Płudach

Kościoły to niesamowite miejsca. Przyciągają ludzi szukających pocieszenia, poczucia przynależności lub po prostu mających swoje przyzwyczajenia. Również spektrum emocji odczuwanych pocieszenia lub z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku lub potrzeby przynależności. Przeżywają tam chwile duchowego uniesienia, rozpaczy, radościu lub przemożnej nudy. Można tam również spotkać przedstawicieli wszelkich klas społeczno-finansowych, w każdym wieku oraz niezależnie od płci.

Każdy z kościołów ma również swoją własną, odrębną historię. Każdy nosi znamiona dziejów, w jakich powstawał, jak i wydarzeń, które oglądał. Każdy z nich posiada również swoje sekrety.

Ponadto, wiele z tych budynków można nazwać dziełami sztuki, a także chlubą Polskiej architektury.

Właśnie z tych wszystkich powodów kościoły od jakiegoś czasu mnie przyciągają. Kiedy widzę jakiegoś urodziwego przedstawiciela tego rodzaju, od razu mam ochotę sfotografować go ze wszystkich stron, poznać jego historię. Coraz więcej przybywa ich na mojej liście miejsc, które chcę odwiedzić. Pierwszym z nich jest Parafia Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Płudach – świątynia, którą tyle razy widziałam zza okna samochodu, że w końcu nastał czas, aby ją odwiedzić.

Historia (wg strony parafii):

Kościół (na górce) został zbudowany w latach 1908-1913 w stylu neogotyku nadwiślańskiego z inicjatywy katolików świeckich. Inicjatorem budowy kościoła był rejent Krzysztof Kiersnowski, który ze swojego majątku wydzielił plac pod budowę kościoła. Plany kościoła wykonał architekt Wacław Wędrowski. Świątynię poświęcił ks. Leopold Łyszkowski 8 września 1913 roku. Parafia została erygowana 16 września 1949 roku przez Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Powstała ona przede wszystkim z podziału parafii św. Jakuba w Tarchominie.

15 września 1984 Ksiądz Prymas Józef Glemp konsekrował trzy dzwony, a 10 września 1987 roku dokonał konsekracji świątyni.

 

Światło padające na ścianę frontową było wręcz cudowne, niestety na niektórych zdjęciach prześwitliłam z kolei niebo.

Niestety była już taka godzina, iż nie udało mi się wejść do środka, jednak ze zdjęć i “wizyty” jestem i tak bardzo zadowolona.

A Wam jak się podoba kościół na górce? I co w ogóle myślicie o tego typu postach? Dawajcie znać w komentarzach 🙂

#HairPorn (1) – Jenna Thiam

Muszę przyznać, iż nie planowałam na blogu serii #hairporn, jednak pani na zdjęciach poniżej z dosyć oczywistych względów (te włosy!!!) zmobilizowała mnie do stworzenia tego typu posta. Z radością i żalem muszę przyznać, że z Jenną mamy dosyć podobne naturalne włosy. Z żalem, ponieważ moim obecnie daleko do stanu pełnego zdrowia i witalności (choć 6 cm pięknego odrostu już wyhodowałam!). Z radością, ponieważ włosy mają to do siebie, iż rosną, więc za jakiś – mam nadzieję nie aż tak długi – czas, będą wyglądać pięknie.

A to moje “naturalki” (przynajmniej jeżeli chodzi o strukturę, kolor był uzsykany czerwoną szmaponetką Palette :’) ):

Tak, wiem, daleko im do włosów Jenny, ale taka “wizualizacja” na pewno nie zaszkodzi 🙂

A Wy co sądzicie o włosach Jenny Thiam? Podobają Wam się, czy wolicie inne klimaty?

>

Wesołych, spokojnych Świąt…

Świeżo rozpalony ogień bucha w kominku, Babcia robi na drutach w swoim ulubionym fotelu, a u jej stóp czteroletni wnuczek bawi się z psem. Starannie zapakowane prezenty czekają w szafie na Świętego Mikołaja, w lodówce od wczoraj chłodzi się karp w galarecie, jeszcze tylko ciasto dochodzi w piekarniku. Za oknem pruszy poranny śnieg…

Wróć.
To nie tak.
Od szóstej rano trwa lepienie pierogów z naprzemiennym sprawdzaniem, czy szarlotka się już dopiekła. W przerwach dokańczane jest ozdabianie pierników – przecież nikt nie powiesi na choince zwykłych bombek ze sklepu, co by goście pomyśleli. Jak tylko otworzą się sklepy, trzeba też będzie pojechać po resztę prezentów, nie ma w końcu nic dla trzyletniego syna kuzynki z Torunia. Dla kuzynki (ani jej męża) też nie. Będzie trzeba jeszcze się przebrać i uczesać, może nawet starczy czasu na pomalowanie paznokci. O Boże, i te nieogolone nogi! Dobrze, że przynajmniej obrusy poschły i już, pięknie rozłożone na stole, aż proszą się o pochlapanie barszczem.  A, Janek, i kup Persen w aptece przy okazji! Zresztą, Ranigast i Espumisan też możesz wziąć.
Kiedy Święta stały się synonimem stresu, irytacji i dzikiej bieganiny? Może bardziej pasować będzie tu pytanie – czy w ogóle kiedyś były? Jak tak naprawdę wyglądały święta naszych rodziców, dziadków?
Z tego co wiem, ze spokojem i odpoczynkiem nie zawsze miały wiele wspólnego. Był to, oczywiście, czas odmienny od pozostałej części roku, jednak jego “świętość” często przejawiała się w tym, czego najdotkliwiej brakowało – w dobrobycie. Ja nie zaliczam się do tego grona, ale wielu Polaków pamięta czasy, kiedy sklepowe półki zastawione były samym octem, a szynkę widziało się raz w miesiącu. Boże Narodzenie było tym czasem, w którym nadrabiało się za całe miesiące niedosytu wszelkich dóbr materialnych i spożywczych. Po prostu MIAŁO BYĆ. Dlatego nasi rodzice i dziadkowie stali w kilkudziesięciometrowych kolejkach aby zdobyć jedzenie na stół wigilijny, a przygotowania zaczynały się często na tydzień przed świętami i pochłaniały mnóstwo energii. Przeważnie cała zaangażowana była cała rodzina – mój tata do dzisiaj pamięta, jak trzykrotnie kręcił mak będąc małym chłopcem. Należy dodać, że te czasy były i tak idyllą w porównaniu z dzieciństwem mojego dziadka. Wtedy na święta wkładało się jak najwięcej do jednego garnka, aby mieć poczucie różnorodności w potrawie – na co dzień taki luksus był wręcz nieosiągalny.
Pomimo ogromnych zmian polityczno-gospodarczych w otaczającym świecie, a co za tym idzie, znacznego poprawy standardu życia, przyzwyczajenia wielu ludzi pozostały takie same. Do dzisiaj Boże Narodzenie rzadko kiedy spędzane jest w atmosferze radości i spokoju – zamiast tego jesteśmy zabiegani, poirytowani i zestresowani. Niejednokrotnie również się kłócimy, zwłaszcza, jeśli coś pójdzie nie do końca zgodnie z planem. To wszystko skutki presji, że “musi być zrobione, musi być dobrze, musi być dużo”. Czy jest to tak naprawdę niezbędne? Oczywiście, że nie – w końcu dziesięć rodzajów ciast nas nie zbawi, a i tak znaczna ilość jedzenia będzie na koniec wyrzucana. Nie musimy myć okien ani prać firan na tę okazję, nie wspominając o kupowaniu największej możliwej choinki i ozdabianiu jej metrami lampek i łańcuchów.
My, jako pokolenie wychowane w czasach dobrobytu, możemy (spróbować) pokazać rodzinom, że przesyt nie jest wcale bożonarodzeniową koniecznością. Możemy pokazać, że taki przerost formy nad treścią prowadzi często do konfliktów, o marnowaniu energii nie mówiąc – nikt nie ma potem siły na wspólne spędzanie czasu! Z drugiej strony, od naszych przodków możemy nauczyć się kultywowania tradycji, a także możemy docenić to, jak dobrze tak naprawdę teraz mamy (tylko nie wpadać mi tam w poczucie winy 🙂 ). Zapytajcie rodziców, dziadków, jak to kiedyś było. Czekam na Wasze historie w komentarzach.